W tle od roku 2012 ta sama wspaniała scenografia. Monumentalne, skaliste góry, gęsty, iglasty las, pomarańczowy lisek, różowa sarenka… Scenografia, która jest wspomnieniem o wybitnym polskim himalaiście, Macieju Berbece. Pan Maciej niecały rok przedtem, nim został na Broad Peak, zaprojektował, wraz ze swoją żoną Ewą Dyakowską-Berbeką (niedawno dołączyła do męża), scenografię dla Święta Dzieci Gór. Ich dzieło kontynuuje syn - Stanisław.

Na tym tle Józek Broda ze swą trombitą. I dwoje MAŁYCH SIEDLECAN. Dźwięk trombity niezapowiedziany rozrzuca gdzieś na boki nieuporządkowany gwar widowni.
Józek wyśpiewuje pytanie do Hanulinki, gdzie była, kiedy jej cztery roki nie było doma. A śpiewa, by zaraz złożyć życzenia wszystkim Hankom i Ankom w dniu ich imienin.

Ubogi krasoń, bez soli, wygnany, wpada w osobie grupy chłopaków prosto w zabawę dziewcząt. Nowoprzybyli od razy się zastrzegają, że nie pojadą też do lasu z ojcem, tylko będą tam, gdzie są ładne panny. Czyli dzisiaj akurat na scenie Święta Dzieci Gór. Ale panny nie tak łatwo dopuszczają do zabawy. Najpierw trzeba rozwiązać zagadki:
Idzie we dnie, idzie w nocy, nie potrzebuje żadnej pomocy. Woda. Maluśkie, cerniuśkie popod ziemią biega? Kret.
To jak zgadli, zabawią się w ciuciubabkę. Oczywiście po uprzedniej wyliczance. Ciuciubabką został najmniejszy. I nijak mu nie idzie, aż łapie w końcu jakiegoś „ciamajdę”, no bo jak przez najmniejszego złapany. Teroz kolejny stoi na beczce (wyimaginowanej) po czym łapie. A że ciamajda i wcześniej dał się złapać, no to oczywiście łapie znowu najmniejszego.

Pierwszy krakowiak, pawie pióra powiewają, dłonie co chwilę ku niebu… Potem w jawornickiej wirują pary, starsze pięknie, szybko. Młodsi jakby się przyglądali, niepewnie, ale przyjdzie czas, że i oni… taka wymiana, nawet między dziecięcymi pokoleniami. Śpiewna prośba o walca, co go noga bolała, żeby choć spróbować, nawet jeśli jeszcze się nie umie. A ci najmłodsi siedzą wokół na ziemi i patrzą z uwagą. I śpiew z tańcem w razówce. „Jesce roz!” i teraz już wiadomo dlaczego razówka.
Robota czeka na starszych. Młodsi upraszają kapelę, coby jeszcze została. A kapele na Święcie Dzieci Gór bardzo lubią zostawać, więc i ta krakowska nie daje się długo prosić. Skrzypce, klarnet, guzikówka i basy grają… Obereczka, co ich stryk uczył. I polkę (pod warunkiem, że ładnie zaśpiewają). I walcyk o szerokiej wodzie na Wiśle, ale właściwie o czytaniu w myślach. Marysia ma jasną opinię o myślach podmiotu lirycznego. On niewiele myśli, w zasadzie tylko o hulance w niedziele.
Polka siedlecka, ale tutaj tylko starsi spośród młodszych, by najmłodszym pokazać. Bo każde pokolenie…

„Do mycia, do pacierza i do spania!” Zgania starsza całego tego młodocianego krakowiaka, bo krowy w szkodę poszły i matka sama musiała się nimi zająć.
Z Tbilisi przyjechał AMER-IMERI. Tam dzieci od piątego roku życia uczą się trzygłosowej harmonii. Wyrastają w niej jak w ojczystym języku.
Pani kierowniczka Magda Kevlishvili też była na Święcie Dzieci Gór w wieku 14 lat. Też jest festiwalowym dzieckiem.
„Panie niech Duch twój modli się we mnie, bo życie pachnie jak chleb, bo życie może być jak chleb.” Śpiewa Józek, zapowiadając pierwszą pieśń, o żniwach, wyrażonych zapewne słowem, a na pewno gestem: ścinania sierpem kłosów, układania ich w snopy, otarciem potu z czoła.

Jakie piękne są stroje gruzińskie, jakie różne, proste, trochę jak z rekonstrukcji średniowiecznych. Bardzo średniowiecznych. Dziewczęta czerwonymi szarfami i płatkami czerwonych róż zapraszają chorobę dziecka, by odeszła, czynią jej dobrą drogę, by zechciała odejść.
Śpiew, trudny, kształcony od dziecka, a w śpiewie jeszcze łamańce językowe, choć nikt nie rozumie, każdy czuje, że łatwe nie są. I znów śpiew chóralny, piękny, trzygłosowy. A w kręgu misiek, jakby ten nasz, festiwalowy ożył, albo jego brat się objawił. Wybiera sobie krasawicę i prowadzi wokół, a potem do jednego z chłopaków, żeby im pobłogosławił, a może nawet ślub dał. To opowieść o przebudzeniu wiosny. Nowym życiu.

Wirują dwa kręgi, chłopcy wewnątrz w braterskim „ramię na ramieniu”. Dziewczęta wokół, opiekuńczym kręgiem kobiecym. Coraz szybciej, i szybciej. W śpiewie i tańcu. I wreszcie czas na popisy taneczne chłopców, chłopaka i dziewczyny, czterech chłopaków, a muzyka do tańca tylko jedna, najwspanialsza, muzyka głosów ludzkich. Gruzini udowadniają, w sposób najbardziej wymagający, że nie ma wspanialszego instrumentu.
AMER-IMERI jest nietuzinkowym zespołem gruzińskim. Nie każe swoim członkom prężyć piersi pod skrzyżowanymi ładownicami. Kiedy walczą, to nie na noże, bo ich nie mają, ale na to, który dłużej ustoi na jednej nodze, kiedy się będą o siebie obijać, albo w najbardziej naturalnych zapasach, w których Gruzini zawsze byli wśród światowej czołówki. Nie każą chłopakom stawać na palcach, ale w kroku swobodnym płynąć przez scenę.
I jeszcze jeden instrument, którego Józek nie zapowiedział, więc staje się dla nas niespodzianką. Czibon. Przez scenę cwałują gruzińskie konie, czyli chłopcy w tym charakterystycznym geście uniesionej w górę dłoni i drugiej opuszczonej z tyłu. I zapraszają do tańca dziewczyny… Jedna para, potem druga… I… koniec. Szkoda…
Kamil Cyganik