Koncert kapel „Muzyka świata”
Edycja 2026
75 zdjęć
Pięć zmysłów dał nam Ponbócek i jeszcze tak mądrze to uporządkował, że jeśli któregoś nam zabraknie, innym przydane jest więcej mocy. Pięć zmysłów jak pięć darów, dzięki którym możemy chłonąć piękno tego świata. Oczywiście dary te są też po to, byśmy dostrzegli w porę grożące nam niebezpieczeństwo, kątem oka, drgnieniem powietrza w uchu, a nawet zapachem zorientowali się, że coś jest nie tak.
W piątkowy wieczór na dziedzińcu Małopolskiego Centrum Kultury SOKÓŁ raczej nic nam nie groziło, nawet niebo po sobotnich deszczach suchym patrzyło na nas okiem. Dlatego mogliśmy w pełni otworzyć wszystkie nasze zmysły na niezwykłe okoliczności.Najbardziej oczywiście chłonął słuch. Począwszy od lachowskiego prologu, przez żywiołową Panamę, Orawę i Spisz (znów obok siebie), bogaty w instrumenty i rozśpiewany Meksyk, znów bliską sercu nutę lachowską, ale i niedaleką - słowacką, ascetyczną (akordeon i bęben) ograniczoną jedynie do instrumentów Gruzję, równe, miarowe, smyczkowe Podhale, znów spiskie Śfabelki, znów Meksyk z dobrze znaną melodią „Besame mucho”, po Panamę, Słowację i Gruzję.
Gdy po raz drugi zabrzmiały z balkonu gruzińskie dźwięki akordeonu i bębna, na scenie pojawił się choreograf zespołu. I zatańczył! Nie był to jednak pierwszy impuls, który uruchomiłby jakże cenny zmysł wzroku. Najpierw w gasnącym blasku chylącego się ku zachodowi dnia, potem w świetle reflektorów i innych świateł widzieliśmy barwne stroje ludowe muzyków, ale wydaje się, że wzrok najbardziej chłonął obrazy wyświetlane na telebimie. Jak owce soczystą trawą, karmiliśmy nasze oczy zsynchronizowanymi z kapelą, która w danej chwili występowała, widokami panamskich i orawskich lasów, spojrzeniem na Jezioro Czorsztyńskie od strony Spisza, zamki Chorwacji i Słowacji, piramidy Meksyku, miasta, wsie…
Do uruchomienia spokrewnionych ze sobą zmysłów smaku i powonienia potrzebna była wyobraźnia. Wydaje się jednak, że uruchomienie jej nie było trudne, zwłaszcza że wśród obrazów na telebimie pojawiały się rzeczy mające smak: gruzińskie chinkali, panamski kokos, orawska pszenica i jabłko na drzewie gdzieś w nomen omen Jabłonce, spiskie oscypki. Mogliśmy sobie też wyobrazić, jak smakuje woda w lazurowej rzece Chorwacji czy Meksyku, jak pachnie jesienny las w okolicach Trybsza lub stare drewno zabytkowych budynków Sądeckiego Parku Etnograficznego…
Dotyk? To akurat proste: dłoń w dłoni, serce przy sercu, gdy prosisz do tańca, gdy czujesz bliskość drugiego człowieka, ale i twardość sceny pod nogami. Były chwile tego piątkowego wieczoru, kiedy całą estradę, na której codziennie o 11.00 występowały w swoich zapowiedziach zespoły dziecięce, wypełniali tańczący.
Wróćmy do najważniejszego tego wieczoru zmysłu: słuchu, a ponieważ istnieje, choć raczej niepowszechnie zjawisko zwane synestezją, powiem tak: Jak weselni goście z Kany Galilejskiej na koniec posmakowaliśmy muzyki łemkowskiego zespołu Serencza. To była uczta przede wszystkim dla ucha. Bogata instrumentalizacja, bardzo ciekawe aranże lidera zespołu Mirka Bogonia, porażający w swej mocy i pięknie głos wokalistki, poetyckie teksty… Prowadzący wieczorny koncert Hanka Rybka, Joanna Łapka, Patryk Rutkowski i Sławomir Bryniak zwrócili uwagę również na urodę zespołu z Gorlic, więc i zmysł wzroku został dowartościowany. Potrzebę dotyku zaspokoiłem dziękując muzykom Serenczy za fantastyczny koncert uściskiem dłoni.
Kamil Cyganik