Dzień słowacko-żywiecki / koncert główny
Edycja 2026
149 zdjęć
ŚWIĘTO DZIECI GÓR jest jak kapsuła czasu i wehikuł czasu w jednym. W wehikule cofamy się o całe stulecia, by zobaczyć efekty pracy historyków, etnografów, etnomuzykologów, instruktorów i samych dzieci. Oni wszyscy zgłębili i zgłębiają, jak bawili się, pracowali, odpoczywali ich przodkowie. Kapsuła czasu – jak wiadomo – służy do przekazania najcenniejszych rzeczy przyszłości. I tak się przecież dzieje. Z wszystkich koncertów powstają zapisy elektroniczne, opisy, scenariusze… Im więcej, tym większa jest szansa, że ogrom pozostanie na kolejne stulecia.
„Stworzył mężczyznę i niewiastę…” Nie może zatem być inaczej: skoro wczoraj bohaterką wieczoru podczas pierwszego koncertu narodowego na tegorocznym ŚWIĘCIE DZIECI GÓR była mama, dziś godzi się, by bohaterem był tata. Niech dopełnią się te dwa filary naszego dzieciństwa. Dwóch tatusiów: żywiecki i słowacki tulą swoje pociechy na ekranie w tle sceny. Poruszające. Porusza zwłaszcza serce taty, który dziś swoich dziatek przytulić nie może. Choćby dlatego, że są daleko.Jak zwykle powitani zostają szacowni goście. Dziś tymi niecodziennymi są: wójt gminy Łodygowice Tadeusz Karolini z małżonką, dyrektorka Gminnego Ośrodka Kultury w Łodygowicach Anna Maślanka, Alicja Wierzbanowska z Bukowiańskiego Centrum Kultury „Dom Ludowy” w Bukowinie Tatrzańskiej.
- Kto był wczoraj? – pytają ciocia Hanka i wujek Patryk.
- Ja! – odpowiada publiczność. A w każdym razie jej część. Zapewne ta część, która była wczoraj.
- A wczorajszy dzień był poświęcony…
- Mamie!!! – znów gromka odpowiedź.
A dzisiaj tata jest bohaterem dnia. Zatem od razu na melodię „Czyżyka” śpiewamy, jak kochamy tatę.
Idziemy do Łodygowic na Zielone Świątki, Zesłanie Ducha Świętego, a Trzecia Osoba Boska kojarzy się – nie może być inaczej – z płomieniem.
Zanim jednak zapłonie ognisko, etiudę MAŁYCH MAGURZAN rozpoczyna samotny pastuszek z fujarką. Śpiewa o pasaniu owiec i o siostrze, na którą czeka. W tle stado krów. Widok coraz rzadszy… Piszący te słowa kilka lat temu w berlińskim ogrodzie zoologicznym, na pierwszym wybiegu przy wejściu zobaczył nie co innego jak piękną, brązową mućkę… Rozumiecie? Krowa pokazana w ZOO!
Wchodzą po kolei pasterze. Jest ich coraz więcej. I trza rychtować ogień, bo dziewczęta zaraz będą. Płomień na scenie zapłonąć prawdziwy nie może, ale na ledowym ekranie z tyłu – jak najbardziej. Na scenie tylko rekwizyt przypominający górską watrę.
Góry, nase góry… - z wyznaniem miłości do tego, co bliskie wchodzą dziewczęta. Też śpiewają o pasaniu. Piękne białe głosy odbijają się echem. W koszach mają dużo dobra. Chłopaki zapowiadają jajecznicę.
Siedzi wrona na drabinie… wyliczanka wskazuje, kto będzie kotem, a kto myszą w pierwszej zabawie. Nad płomieniem patelnia pod opieką trzech chłopaków. Patrzą na rychtowaną jajecznicę spod rond czarnych kapeluszy ozdobionych czerwonym sznurkiem. Wokół ogniska sunie spokojnie krąg dziewcząt.
Przed jedzeniem trzeba się przeżegnać. Jest szansa, że po modlitwie nastąpi cudowne rozmnożenie jajecznicy. Zwłaszcza, że jedzą – jak na górze błogosławieństw - podzieleni na grupy. I znów znak krzyża. Dziękczynny. Wszyscy pojedli, a w każdym razie tej wersji będą się trzymać.
Skok przez ogień. Skaczą najmniejsi. Prosto i z obrotem. Starszy skacze nie tylko przez ogień, ale i przez laskę…
Wezwanie do zabawy: Ulijanka – dziewczęta, zabawy siłowe i zręcznościowe – chłopaki. Kije pasterskie na chwilę stają się ciupagami.
Najpierw śpiew płynie zza sceny, wyprzedza dźwięki smyczków. Pięć dziewcząt ze skrzypkami i małymi basami zagrają przecież na prośbę świętujących dzieci. Grają Dziada dla męskiej części pasterskiej dziatwy. Idą chłopaki wężem jeden za drugim. Śpiewają. A kiedy śpiew się urywa, ten pierwszy ma stuknąć kijem ilu się da, idących na końcu. Wąż krótszy ze strofy na strofę.
Dziewczęta tańczą w kółeczkach do wtóru muzyki smyczkowej i tej najpiękniejszej, która rodzi się w sercu i płucach pasterek. Chłopcy z kijami idą wokół ogniska. Kij stuka o kij. Kij stuka o scenę. Skoki przez kije. Skoki przez własną nogę. Parami, czwórkami… A w tle spokojne krowy. W szkodę nie idą. Dziewczęta wirują w parach. Kije łomocą o deski. Wirują jak skakanka. Tak wiele dzieje się na scenie. Tak różnie. Dziewczęta w środku, chłopaki na zewnątrz. I już w parach koedukacyjnych wokół ogniska. Przeszli długą drogę, by się w końcu zejść. Przyszłe mamy i przyszli tatowie.
Dziękujemy muzykanci…
Na koniec biały, czysty, głośny, dziewczęcy śpiew. Jakby pożegnanie ognia gaszonego przez chłopaków. A śpiew, który znoszą ze sceny, woła o jutrzejszym już dniu. Bo czas nie stoi. Płynie jak mgły na ekranie za sceną.
Ciotka Hanka i wujek Patryk uczą publiczność wołać jak na polanie hop, hop, albo po lachowsku: hoś, hoś. I znów jak kochamy tatę ma szansę zaśpiewać do mikrofonu ten, kto się zgłosi, bo wujek Patryk krąży z „sitkiem” wśród publiczności, gdy ciocia Hanka kieruje śpiewem ze sceny.
Wczoraj byliśmy ponad 10 tysięcy kilometrów stąd. Za oceanem. Dziś tylko za jedną granicę robimy krok. Na Słowację, do ojczyzny dzieci z zespołu KOPANIČIARIK.
Zaczynają dwaj chłopcy. Najpierw dyspozycja dla kapeli, by zagrała. Chwila śpiewu, ale już zza kulisy idą dwie dziewczyny. Więc taniec. Dwie pary. I pięć kolejnych par. Śpiew i taniec, taniec i śpiew. Błękit, biel, czerń. Posuwiście. Ale już za chwilę szybciej. Pięć smyczków tańczy na strunach skrzypiec i kontrabasu, a pałeczki podskakują na strunach cymbałów. I buty! W połączeniu ze sceną są doskonałym instrumentem rytmicznym.
A co najbardziej w tańcu słowackich dzieci przyciąga wzrok publiczności? W krainie rozproszonych osad zwanych Kopanicami, narodziły się charakterystyczne tańce z podrzucaniem partnerek, wpisane dziś na Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Słowacji.
Interludium. Zapewne czas, by zespół mógł się przebrać. Uwagę naszą skupia na sobie mały heligonista. Gra, a jednocześnie sam sobie akompaniuje, bo i śpiewa. Kapela zastygła, by dźwiękiem żadnym nie przeszkodzić małemu artyście. Zmiana tempa. Już inna melodia, taka bardziej pod marsz. Szybki marsz. Z nową melodią, nowe słowa. I znowu przyspiesza, a widownia daje się porwać nutom, wspierając muzyka oklaskami w rytmie melodii.
Zmiana. Miejsce chłopca zajmuje na scenie dziewczyna. Śpiewa a cappella. Jest i trzech chłopaków. Zdziwieni, że dziewczyna tak smutno śpiewa (fakt, wesołe to nie było), skoro nikt nie umarł. Jest i druga dziewczyna z guzikówką. Chłopaki dysponują dla siebie już radośniejszą piosenkę, taką do śpiewu, ale i do tańca.
Tak jak rekin z odległości wielu kilometrów wyczuje kroplę krwi i popłynie w to miejsce, tak każdy, kto kocha śpiew i taniec da się przyciągnąć nutom. Niedługo zatem czekamy na grupę chłopaków. Zgodnie z przewidywaniami: nie są już w błękitach, ale w bieli i czerni.
A czarne mają kapelusze. I teraz chodzi o to, by zdjąć z głowy kapelusz i położyć na głowie kolegi obok, gdy kolega z drugiej strony, kładzie na naszej swój kapelusz. I tak w kółko. I coraz szybciej, aż ktoś nie zdąży. I upuści kapelusz. I odpadnie z gry. Zostaje dwóch w bratobójczym pojedynku. Zostanie jeden…
Jakby się kolorami zamienili: teraz w stroju dziewcząt dominuje błękit. U chłopaków wzrok widzów przyciągają charakterystyczne, zakrzywione w pałąk piórka przy kapeluszach.
I już fruną piórka – w końcu po to je Ponbócek stworzył – nad sceną w męskim tańcu. I spódnice dziewcząt wirują.
Najmłodszych trzech chłopaków tak trudno oderwać od tańca i śpiewu jak niektórych od Minecrafta, więc starsi muszą ich na koniec wynieść.
Prowadzący przypominają o konkursie na imię dla jeżyka.
Scena znów należy do MAŁYCH MAGURZAN. Tym razem w strojach świątecznych śpiewają o grajcarskim polu. Suną w parach, kółeczkach, wężach.
Część główną wtorkowego koncertu kończą swoimi dynamicznymi tańcami dzieci i młodzież ze Słowacji. Podziękowaliśmy im ich rodzimym „ahojte!”.
Prowadzący napełnieni duchem dydaktycznym opisują, jak są ubrani: Hanka – po podhalańsku, ozdobiona pięcioma sznurami korali, a Patryk ma na sobie jeden z wariantów stroju lachowskiego z Mystkowa. Mniej ozdobny, ale Patrykowi kojarzący się z jego dziadkiem. Strój świąteczny.
Scenę na koniec przejęły zespoły, które zobaczymy jutro. Górale z Zakopanego i z Gruzji.
Kamil Cyganik