Gdy trombita, zwana sałaszem w Żywieckiem, grała na hali, to ludzie słuchali i wyciszali się. Mimo, że efektu tego nie udało się we wtorkowy wieczór osiągnąć na hali, dźwięki kapeli greckiego zespołu skutecznie zagłuszyły wszelkie szmery na widowni. Zaczęła się kolejna opowieść o duszy dziecka świata.

Popłynęliśmy do PYRSOS - starożytnego greckiego miasta, z którego przyjechał zespół o tym samej nazwie. Popłynęliśmy w czasy, gdy mężczyźni uciekali przed Turkami w góry. Od czasu do czasu chcieli odwiedzić rodziny, ubierali więc maski, by okupant ich nie rozpoznał. I ubierali zbroje z monet, by się ich nie imały miecze.

Dreszcz po plecach idzie, gdy na scenę wchodzi kobieca postać, a pod woalką biała, niepokojąca maska. Za nią chłopcy, istotnie w zbrojach, trochę przypominających „nasze", karaceńskie. W zbrojach, które przy odpowiednim ruchu tułowia stają się instrumentem. Dłuższa, nawet powiedzielibyśmy bardzo długa chwila. Chłopcy w parach się zmieniają: gdy jeden trzęsie zbroją, drugi go podtrzymuje. Po dłuższej, a nawet bardzo długiej chwili, dobywają szabelek. Chwila tańca, szczęk szabli o szable, chwytają za ostrza, a zatem jednak nie chodzi o prawdziwą walkę. Zwłaszcza, że szable kładą się pokotem na środku sceny. We wspólnym tańcu wzrok widzów - oprócz wspomnianych zbroi - przykuwają pantofle z olbrzymimi czarnymi pomponami. Nietrudno je dokładnie obejrzeć, gdyż ruch ich nobliwy, raczej powolny, pełen starożytnego majestatu. 

Zakończenie - jakby taśma szła w przeciwną stronę. Maska znów pojawia się na twarzy jednego z chłopców, jedynego, który maskę miał już wcześniej, znów szable w doń. Przy uderzeniach szabli i szeleście napierśników wszyscy schodzą ze sceny.

Data dziś znamienna, 22 lipca. Kto sięga pamięcią w nie tak jeszcze daleką przeszłość, ten wie - „świętowaliśmy" w ten dzień historyczne wydarzenie mocno powiązane z tułaczą dolą polskich Łemków. Część z nich, zapewne ta mająca więcej historycznego szczęścia (jeśli coś takiego w ogóle istnieje), została wysiedlona nie za wschodnią, lecz pod zachodnią, nową granicę. Osoby, które założyły i prowadzą zespół KYCZERKA z Legnicy, pamiętają skąd ich ród i pamięć tę wraz z tradycjami starają się zachować.

Święto Jordana, obchodzone w Kościele Wschodnim na pamiątkę chrztu Chrystusa w Jordanie, kończyło czas rodzinnego świętowania czasu Bożego Narodzenia, od tej chwili można się było spotykać, organizować posiady, odwiedzać się nawzajem. Szło na wiosnę.

W łemkowskiej izbie gospodarz zachęca do śpiewu. Tak się przynajmniej wydaje. Znaczenia wschodnich słów każe się domyślać to, co się dzieje po chwili: rozbrzmiewa kobiecy śpiew a'capella. Przychodzą kolejni goście, i znów śpiew bez akompaniamentu.

Izba w szwach zaczyna pękać, gdy pojawiają się dzieci, dużo dzieci. Śpiewają za kołaczyka. „Dyna, dyna...", gdy w wyraźnej opozycji stają chłopcy i dziewczęta, potem, jak za konikiem-przewodnikiem pomykają po scenie w dwóch stadkach. 

Czyżyk lata jeszcze w kółeczku otoczony rozśpiewanymi dziećmi płci obojga, gdy niepostrzeżenie do sceny podkrada się wychudzony, ale za to krnąbrny koń. Na scenie wierzga niepodkutymi... butami. Najmłodszemu nawet udaje się go z pomocą gospodarza dosiąść. 

Z niemały trudem tak w śpiewie, jak i działaniach właściciela, udaje się konia ze sceny sprowadzić. Zastępuje go postać w słomianej, spiczastej czapie, o twarzy osłoniętej wstążkami różnokolorowymi i pastorałem niby biskupim w dłoni. A po niej  kolejna i kolejna, aż cztery dziwne takie postacie monologują po łemkowsku (więc nieco tylko zrozumiale dla widowni) i tańczą. I dają się na koniec rozpoznać, zdejmując tureckie czapy. To już młodzieńcy dorośli niemal.

Najmłodsze dzieci żegnają się do „za rok", średnie dziewczęta po tańcu w kółeczku, śpiewie, żegnają się takoż. Wreszcie najstarsi mogą pohulać, bo już sami zostali. No nie do końca sami - kilku chłopców jeszcze na pniaczkach siedzi, ale gospodarz szybko naprawił to przeoczenie i wysłał ich do spania. Co dla dzieci, to dla dzieci, a co dla dorosłych, to dla dzieci nie.

Na scenę znów wraca grecki karnawał. Żwawiej, szybciej, może dlatego, że już nie jedna zamaskowana postać kobieca, ale grupa dziewcząt w kwiecistych chustach. Z przodu raz one, raz w czerń ubrani chłopcy. I charakterystyczny wąż z równie charakterystycznymi machnięciami splecionych dłoni...

Wydaje się, że dotknęliśmy starożytnej teraźniejszości, gdy w ostatnim tańcu między chłopcami ubranymi jak najbardziej tradycyjnie pojawiły się dziewczęta w biały bluzeczkach i... dżinsach. Twardy orzech do zgryzienia dla Rady Artystycznej. 


KAMIL CYGANIK


Fot. Dorota Bielska

 

 
 
MCK Sokół 
 
 
 
 

MCK SOKÓŁ    Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego    CIOFF

 

Małopolskie Centrum Kultury SOKÓŁ - Instytucja Kultury Województwa Małopolskiego
ul. Długosza 3, 33-300 Nowy Sącz, tel. +48 18 448 26 10, fax + 48 18 448 26 11
e-mail: kontakt@mcksokol.plwww.mcksokol.pl 


Polityka prywatności
 

Newsletter

newsletter festiwalowy

wiadomości MCK Sokół

Projekt i wykonanie: inti.pl
Nie masz jeszcze konta w na naszej stronie? Zarejestruj się aby korzystać z forum dyskusyjnego, utworzyć własną galerię zdjęć, komentować artykuły...
Zapomniałeś hasła?